Blog Izy Budajczak-Moder
poniedziałek, 12 października 2009
W sercu ból ...

Dzisiejszego wieczoru otrzymaliśmy smutną wiadomość, że po wieloletniej walce z ciężką chorobą zmarł nasz amerykański Przyjaciel i Opiekun polskiego homeschoolingu z ramienia HSLDA, Chris Klicka.

Nasza znajomość z Chrisem rozpoczęła się blisko dziesięć lat temu, podczas pierwszego pobytu mojego męża w USA, u amerykańskich homeschoolers. Od tamtej pory wiedzieliśmy, że możemy w każdej chwili na Niego liczyć. Był zawsze gotowy do pomocy.

Nigdy o nim nie zapomnimy!

 

 

23:03, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 08 października 2009
Dzieci są nasze, nie urzędników oświatowych!

Ratujmy sześciolatki!
Każdy może pomóc

Minister Hall w ciągu swojego dwuletniego urzędowania dokonała
poważnego spustoszenia w polskim szkolnictwie. Jest uosobieniem
urzędnika całkowicie lekceważącego wolę tych, którym ma służyć.
Doprowadzenie do Jej dymisji nie rozwiąże oczywiście wszystkich
problemów, ale da sygnał władzy, że nasza cierpliwość się wyczerpała.
To rodzice zgodnie z Konstytucją RP i prawem naturalnym są
odpowiedzialni za wychowanie i edukację swoich dzieci. Dzięki wspólnym
działaniom możemy zobaczyć, jak nas jest dużo i jak zjednoczeni wokół
wspólnego celu możemy odnosić sukcesy. To może być początek drogi
odwojowania polskiej szkoły z rąk bezdusznych biurokratów. Jeśli
jednak dziś nie zaprotestujemy zdecydowanie, jutro władza sięgnie po
więcej. Czy chcesz stracić swoje dziecko?

Co możesz zrobić?

- podpisać petycję do Premiera o zdymisjonowanie p. Hall -

ttp://www.petycje.pl/petycjePodglad.php?petycjeid=4498

- rozpropagować ją na swoim blogu czy wśród znajomych,
- przyjść na manifestację 14 października br. pod Kancelarię Premiera
przy Al. Ujazdowskich 1/3 - zbiórka godz.11.30, początek manifestacji
godzina 12.00
- śledzić dalsze działania na stronach internetowych organizatorów i
aktywnie w nich uczestniczyć.

W imieniu organizatorów akcji.

Paweł Chojecki

20:05, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 17 września 2009
17 września 1939 r.

Naszą, jako rodziców, powinnością jest przekazywanie naszym dzieciom wiedzy dotyczącej ważnych wydarzeń z historii naszego kraju. 17 września 1939 roku jest taką właśnie datą! Nie wolno nam zapomnieć o ofiarach Katynia i pozostałych ofiarach sowieckich represji na naszym Narodzie!

23:59, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 10 września 2009
Ostrzeżenie (można drukować na t-shirtach): „Bandytyzm urzędników oświatowych ciągle bezkarny”

We wpisie pt. „Że dzwonią, to wiadomo …” informowałam świadomych i przypadkowych Czytelników tego bloga o artykule z Rzeczpospolitej (01.08). Nie odniosłam się wówczas do wszystkich nieprecyzyjności, tkwiących w dziennikarskich doniesieniach o sprawach mojej rodziny. Dziennikarz napisał wówczas:

„Rodzice narzekają przede wszystkim na dużą uznaniowość i dowolność wydawanych zgód. I choć próbują walczyć na drodze prawnej, to procedury administracyjne (w tym odwoławcze i sądowe) ciągną się latami. Pokazuje to m.in. sprawa rodziców, którzy już w roku szkolnym 1995/1996 chcieli edukować swoje dziecko w domu. Dopiero po czternastu latach ich spór z dyrektorem szkoły o dodatkowe warunki rozstrzygnął Wojewódzki Sąd Administracyjny w Warszawie (sygn. I SA /Wa 376/09). Wyrok nie jest jednak jeszcze prawomocny.”

Czas na szczęście płynie i dziś mogę napisać, że wyrok już się uprawomocnił. W ten sposób wszystkie narzucone nam bezprawnie warunki, którą to ocenę utrzymujemy przez lat 15 - i wbrew twierdzeniom konkretnego Dyrektora Szkoły Podstawowej, kilku kolejnych Kuratorów i Ministrów Edukacji, którzy przez cały ten czas szli w zaparte - zostały w kolejnych wyrokach Sądu Administracyjnego uznane za bezprawne!

Wszelkie akty urzędniczej agresji, których przez te lata doznaliśmy, były najzwyczajniej bandyckie i winny zostać potraktowane z całą surowością prawa. Kłopot jednak polega na tym, że … prawo urzędników się nie ima. Prawo administracyjne ze swej strony to wręcz zestaw gwarancji nietykalności dla biurokraty, a  respektowania zasad tego „prawa” nie jest w stanie na urzędniku wymusić nikt. Nawet jeśli urzędnik dopuszcza się oczywistego przestępstwa, opisanego w kodeksie karnym, … włos z głowy mu nie spada!

O ironio, sami urzędnicy w swojej bezczelności twierdzili, że w podejmowanych działaniach i wydawanych decyzjach chodziło im wyłącznie o „dobro” moich dzieci. Pamiętajcie, święci się coś złego, gdy urzędnik mówi Wam tego rodzaju słowa! W naszym przypadku urzędnicy skrzywdzili moje dzieci i krzywdzą je bezkarnie dotąd, choć to my rodzice winniśmy być ofiarami ich zemsty. Przecież to my podjęliśmy decyzję o edukowaniu dzieci w domu!

Mam nadzieję, że Pani Minister Hall zadrżała ręka, kiedy podpisywała w tym tygodniu kolejny „wyrok” na moje dzieci!

21:50, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
piątek, 04 września 2009
John Taylor Gatto

Tym razem chciałabym przybliżyć Państwu postać i poglądy najsurowszego amerykańskiego krytyka publicznej oświaty (w tłumaczeniu mojego męża). Drugą część proszę znaleźć poniżej.

John Taylor Gatto dwukrotnie zdobył na przełomie lat 80/90 tytuł Nauczyciela Roku Stanu Nowy Jork i trzykrotnie tytuł Nauczyciela Roku Miasta Nowy Jork. Jest autorem szeregu książek, m.in. tomu pt. The Underground History of American Education. Należy do najsurowszych krytyków współczesnego amerykańskiego systemu oświaty. Był uczestnikiem forum zorganizowanego przez Harper's Magazine pt. „School on a Hill”, gdzie zaprezentował powyższy tekst, opublikowany we wrześniowym numerze tego pisma z 2003 r.

Przeciwko szkole. Jak oświata publiczna upośledza nasze dzieci i dlaczego?

 

Przez trzydzieści lat nauczałem w kilku spośród najgorszych oraz kilku spomiędzy najlepszych szkół Manhattanu i stałem się przez ten czas ekspertem ... w zakresie nudy. Nuda była wszędzie w moim świecie, a gdybyście zapytali dzieci, jak sam to często czyniłem, dlaczego czują się takie znudzone, zawsze udzielą tych samych odpowiedzi: Powiedzą, że ta praca jest głupia, że nie ma żadnego sensu, że już od dawna to wszystko wiedzą. Powiedzą, że chciały-by robić coś rzeczywistego, a nie siedzieć w ławkach. Powiedzą, że nauczyciele nie wydają się wiedzieć zbyt wiele o swoich przedmiotach, a już zdecydowanie nie są zainteresowani poszerzaniem swojej wiedzy. I będą mieć rację: ich nauczyciele są w każdym calu tak bardzo znudzeni, jak one same.

Nuda jest powszechną kondycją nauczycieli szkolnych i każdy, kto spędził jakiś czas w pokoju nauczycielskim, może potwierdzić, że taki olbrzymi brak energii, takie wyrzekanie na uczniów, takie bezduszne postawy można tam znaleźć. Gdyby pytać nauczycieli, dlaczego odczuwają nudę, jak można się spodziewać, będą obwiniać dzieci. Kto nie poczułby się znudzony nauczając uczniów, którzy są aroganccy i interesują się wyłącznie ocenami? Jeśli w ogóle czymkolwiek. Oczywiście, nauczyciele sami są produktem tych samych programów dwunastoletniej obowiązkowej szkoły, które tak do głębi nudzą ich uczniów, a jako personel szkolny są uwięzieni wewnątrz struktur nawet bardziej sztywnych, niż te narzucone dzieciom. Kto zatem jest temu wszystkiemu winien?

 

My wszyscy! Tę prawdę uświadomił mi mój dziadek. Pewnego popołudnia, gdy miałem siedem lat, poskarżyłem mu się na nudę, a on trzepnął mnie mocno po głowie. Powiedział mi, żebym nigdy w jego obecności nie używał więcej tego określenia, ponieważ jeśli się nudzę, to jest to moja wina, a nie kogokolwiek innego. Obowiązek zabawiania mnie i kształcenia dotyczy wyłącznie mnie samego, a ludzie, którzy tego nie rozumieją, są dziecinni i winno się ich w miarę możliwości unikać. Na pewno zaś nie wolno im ufać. Epizod ten wyleczył mnie z nudy raz na zawsze, a tu czy tam, przez te wszystkie lata, udało mi się przekazać tę lekcję niektórym moim uczniom. Przez większość czasu jednak, uważałem za bezskuteczne kwestionowanie oficjalnego przekonania, że nuda i dziecinność są naturalnymi stanami rzeczy w klasie szkolnej. Sam często musiałem ignorować szkolne obyczaje, a nawet naginać prawo, by pomagać dzieciom wyrwać się z tego potrzasku.

 

Imperium, oczywiście, kontratakowało; zdziecinniali dorośli stale utożsamiają opozycję z nielojalnością. Kiedyś wróciłem z chorobowego zwolnienia by odkryć, że wszystkie moje świadectwa lekarskie zostały celowo zniszczone, że wygasło zatrudnienie i że nawet nie dysponuję nauczycielskim dyplomem. Po dziewięciu miesiącach olbrzymiego wysiłku zdołałem odtworzyć swój dyplom, kiedy sekretarka szkoły zeznała, że była świadkiem rozwijania się spisku przeciwko mnie. W międzyczasie moja rodzina cierpiała tak bardzo, że nie chcę nawet o tym wspominać. Do czasu zanim ostatecznie wycofałem się z pracy w szkole, co miało miejsce w 1991 r., znalazłem więcej powodów niż trzeba, by myśleć o naszych szkołach – z ich długoterminowym, realizowanym w więziennej w stylu architekturze, przymusowym uwięzieniem zarówno uczniów jak i nauczycieli – jako o wirtualnych fabrykach „dziecinności”. W dodatku, mówiąc szczerze, nie byłem w stanie dostrzec, dlaczego muszą wyglądać w taki sposób. Moje własne doświadczenie ujawniło mi to, co wielu nauczycieli musi sobie również uświadamiać na swej drodze, choć zachowują to dla siebie z obawy przed odwetem: gdybyśmy tylko chcieli, z łatwością i tanim kosztem moglibyśmy wyrzucić „za burtę” stare, tępe struktury oraz pomóc dzieciom zyskiwać edukację, aniżeli tylko „pobierać” szkolne kształcenie. Moglibyśmy stymulować najlepsze cechy młodości – ciekawość, ducha przygody, prężność, zdolność do zdumiewających wglądów – po prostu dzięki większej elastyczności co do czasu, tekstów i testów, dzięki przedstawianiu dzieci naprawdę kompetentnym dorosłym oraz poprzez udzielanie każdemu uczniowi i uczennicy takiej autonomii, jakiej potrzebuje, by odtąd brać na siebie każde ryzyko życiowe.

 

Lecz my tego nie robimy. A im częściej zapytywałem, dlaczego nie, i upierałem się przy myśleniu o „problemie” szkoły jak to czyniłby inżynier, tym częściej chybiałem celu, jakim jest pytanie: A co, jeśli nie zachodzi żaden problem „z” naszymi szkołami? Co, jeśli są one takie, jakie są, tak kosztownie nieadekwatne w obliczu zdrowego rozsądku i wielowiekowych do-świadczeń co do tego, jak dzieci się uczą, nie dlatego, że robią coś nie tak jak trzeba, lecz dla-tego właśnie, że czynią to co należy? Czy to możliwe, że George W. Bush przypadkiem wy-raził prawdę, kiedy powiedział, że nie wolno nam „zaniedbać żadnego dziecka” [„No child left behind” to motto dzisiejszej amerykańskiej polityki oświatowej – przyp. tł.]? Czy może być prawdą, że nasze szkoły są zaprojektowane tak, by dawać pewność, że żadne z dzieci nigdy naprawdę nie wydorośleje?!

Czy naprawdę potrzebujemy szkoły? Nie mam na myśli edukacji, ale właśnie obowiązkową szkołę: sześć lekcji dziennie, przez pięć dni w tygodniu, przez dziewięć miesięcy w roku, w ciągu dwunastu lat. Czy ta martwa rutyna rzeczywiście jest konieczna? A jeśli tak, to w jakim celu? Nie chowajmy się jednak za nauką czytania, pisania i liczenia jako uzasadnieniem, ponieważ dwa miliony szczęśliwych dzieci, które uczą się wyłącznie w domu [Autor mówi o formie edukacji jaką jest w USA „homeschooling” – „edukacja domowa” – przyp. tł.], w oczywisty sposób obracają ten argument wniwecz. Nawet gdyby tego nie czyniły, to znacząca liczba dobrze znanych Amerykanów nigdy nie przeszła przez tę dwunastoletnią wyżymaczkę, przez którą nasze dzieci obecnie przechodzą i „wyszła na ludzi”. George Washington, Benjamin Franklin, Thomas Jefferson, Abraham Lincoln? Ktoś ich nauczał, bez wątpienia, lecz nie byli oni produktem szkolnego systemu i ani jeden spośród nich nie został absolwentem szkoły średniej. Przez większość amerykańskiej historii dzieci zasadniczo nie chodziły do szkoły średniej i ci „niedokształceńcy” wyrastali na admirałów, takich jak Farragut; wynalazców, jak Edison; ojców przemysłu, jak Carnegie i Rockefeller; pisarzy, jak Mellville, Twain czy Conrad; a nawet na uniwersyteckich profesorów, jak Margaret Mead. Tak naprawdę, prawie do naszej współczesności w ogóle nie uważało się ludzi, którzy osiągnęli trzynasty rok życia, za dzieci. Wobec Ariel Dunant, która współtworzyła wraz ze swym mężem olbrzymią i bardzo dobrą, wielotomową historię świata, i która wyszła szczęśliwie za mąż w wieku lat piętnastu, czy ktoś mógłby racjonalnie utrzymywać, że była ona osobą niewykształconą? Nie-przeszkoloną, możliwe, lecz nie niewykształconą.

Nauczono nas w tym kraju (a raczej „wyszkolono” w myśleniu), że „sukces” jest synonimem, lub co najmniej jest zależny od „nauki w szkole”, choć historycznie rzecz biorąc, nie jest to prawda ani w intelektualnym, ani w ekonomicznym sensie. A tymczasem wielu ludzi na całym świecie uczy się dziś samodzielnie, bez uciekania się do systemu obowiązkowych szkół średnich, które nazbyt często przypominają więzienia. Dlaczego zatem mylą Ameryka-nie edukację z tym właśnie systemem? Co w rzeczywistości jest celem naszych szkół publicznych?

Masowe obowiązkowe kształcenie szkolne w USA okrzepło tak naprawdę między 1905 a 1915 rokiem, choć już znacznie wcześniej zostało opracowane, a nacisk na nie trwał przez większą część dziewiętnastego wieku. Powody jaki podawano dla tego olbrzymiego wstrząsu dla życia rodzin i tradycji kulturalnych były, z grubsza mówiąc, trojakie: 1) Wykształcenie dobrych ludzi. 2) Wykształcenie dobrych obywateli. 3) Rozwinięcie talentów danej jednostki. Cele te są i dziś regularnie odmieniane przez wszystkie przypadki, a większość z nas przyjmuje je w takiej czy innej formie jako słuszną definicję misji edukacji publicznej, niezależnie od faktu, jak daleka jest obecna szkoła od ich osiągania. I tu srodze się mylimy. Nasz błąd powiększa fakt, że dysponujemy w literaturze narodowej wieloma zdumiewająco spójnymi określeniami prawdziwego celu przymusowej szkoły. Mamy na przykład, wielkiego H.L. Menckena, który w piśmie „The American Mercury” z kwietnia 1924 r. napisał, że celem publicznej oświaty nie jest „napełnianie młodych osobników naszego gatunku wiedzą i budzenie ich inteligencji. ... Nic nie jest dalsze od tej „prawdy. Prawdziwym celem ... jest po prostu zredukowanie tak wielu jednostek jak to tylko możliwe do tego samego bezpiecznego poziomu, hodowanie i tresowanie znormalizowanych obywateli, dla zlikwidowania różnicy zdań i oryginalności. Oto jej cel w USA ... i wszędzie indziej.”

Z powodu sławy Menckena jako satyryka, moglibyśmy się skusić na zignorowanie tego fragmentu jako wykwitu hiperbolicznego sarkazmu. Jego artykuł wszakże, stanowi śledztwo w poszukiwaniu wzorca dla naszego systemu edukacyjnego w zapomnianych już czasach, które jednak nie dają o sobie zapomnieć, militarnego państwa Prus. I mimo, iż był on z pewnością świadom tej ironii, że choć byliśmy wówczas w stanie wojny z Niemcami, jednocześnie podzielaliśmy pruską myśl i kulturę, to w tym miejscu był całkowicie poważny. Nasz system edukacyjny jest naprawdę pruski w swoich korzeniach i jest to rzeczywisty powód do troski.

Szczególny fakt pruskiego pochodzenia naszego szkolnictwa ujawnia się ciągle na nowo, gdy dowiadujemy się, gdzie go poszukiwać. William James wielokrotnie czynił do niego aluzje na przełomie XIX i XX wieku. Orestes Brownson, bohater książki Christophera Lascha z 1991 r. pt. “The True and Only Heaven”, publicznie ujawniał „prusjanizację” amerykańskich szkół już w latach czterdziestych XIX wieku. „Siódmy Doroczny Raport” Horace Manna z 1843 r. przedstawiony Radzie d.s. Edukacji Stanu Massachusetts jest w swojej istocie peanem na cześć kraju Fryderyka Wielkiego i wezwaniem do sprowadzenia stamtąd tamtejszego szkolnictwa. To, że pruska kultura szeroko ujawnia się w Ameryce nie jest żadnym zaskoczeniem, gdy weźmie się pod uwagę nasze wczesne związki z tym utopijnym państwem. Pewien Prusak służył jako adiutant Washingtona w trakcie wojny o niepodległość, a tak wiele niemieckojęzycznych osób osiedliło się u nas przed 1795 rokiem, że Kongres rozważał nawet publikację praw federalnych w języku niemieckim. Ale co najbardziej szokujące to fakt, że z taką gorliwością przyjęliśmy jeden z najgorszych aspektów pruskiej kultury: system oświaty, z premedytacją zaprojektowany, by produkować mierne umysły, paraliżować życie wewnętrzne jednostki, pozbawiać uczniów wartościowych umiejętności samosterowania i by zapewniać, że obywatele będą potulni i wewnętrznie rozbici, w zamiarze uczynienia całości populacji „sterowalną”.

John Taylor Gatto - c.d.



To dzięki Jamesowi Bryant Conantowi - prezesowi Harvardu przez dwadzieścia lat, specjaliście z zakresu gazów bojowych podczas II wojny światowej, wykonawcy projektu bomby atomowej, Wysokiemu Komisarzowi amerykańskiej strefy okupacyjnej powojennych Niemiec i zdecydowanie jednej z najbardziej wpływowych postaci XX wieku – po raz pierwszy przejrzałem na oczy, co do prawdziwych celów amerykańskiego szkolnictwa. Bez Conanta najprawdopodobniej nie dysponowalibyśmy tak wystandaryzowanymi (co do ich stylu i stopnia) testami szkolnymi, z jakich korzystamy dzisiaj, ani nie bylibyśmy uszczęśliwieni gargantuicznymi szkołami średnimi, które magazynują jednocześnie od 2 do 4 tysięcy uczniów, jak np. osławiona Columbine High School w Littleton, Colorado [znana z masakry dokonanej przez dwóch uczniów – przyp. tł.]. Krótko po tym, jak wycofałem się z nauczania w szkole, odkryłem książkowy esej Conanta z 1959 r. pt. „The Child the Parent and the State” i byłem bardziej niż tylko zaintrygowany, zauważając jak mimochodem napomyka, iż współczesne szkoły, do których uczęszczamy, są rezultatem „rewolucji” wdrożonej „inżynieryjnie” między 1905 a 1930 rokiem. „Rewolucja”?! A choć on sam uchylił się od rozwinięcia tego zagadnienia, to zaintrygowanych a niedoinformowanych odesłał wprost do książki Alexandra Inglisa z 1918 r. pt. „Principles of Secondary Education”, w której „można oglądać ową ‘rewolucję’ z perspektywy jednego z ‘rewolucjonistów’”.

Inglis, od którego nazwiska nazwano wykłady z pedagogiki na Harvardzie, czyni doskonale jasnym fakt, że obowiązkowe szkolnictwo („przymus szkolny”) na tym kontynencie zaplanowano jako dokładną kopię oświaty pruskiej z 1820 r.: jako „piątą kolumnę” dla rozwijającego się ruchu demokratycznego, stwarzającego zagrożenie udzieleniem głosu przy okrągłym stole chłopom i robotnikom . Współczesna, uprzemysłowiona, przymusowa oświata miała służyć rodzajem chirurgicznego rozcięcia potencjalnego zjednoczenia wspomnianych klas niższych. Podziel dzieci według przedmiotów szkolnych, wieku, przez ciągłe rankingi w testach oraz za pomocą wielu innych subtelnych środków, a będzie nieprawdopodobnym, aby ciemne masy ludzkie, tak poróżnione w dzieciństwie, mogły kiedykolwiek zreintegrować się w niebezpieczną całość. Inglis rozdziela cel nowoczesnej oświaty – obecny jej cel – na sześć podstawowych funkcji, z których każda z osobna jest w stanie zjeżyć włos na głowie osobie naiwnie ufającej w trzy tradycyjne cele wskazane wcześniej:

1) Funkcja dostosowawcza (adjustive) albo adaptacyjna (adaptive). Szkoły mają wbudowywać trwałe nawyki reakcji na autorytet. To, oczywiście, całkowicie wyklucza krytyczny sąd. To także w znacznym stopniu eliminuje ideę, że winno się nauczać użytecznego lub interesującego materiału, ponieważ nie zdołasz sprawdzić warunkowego odruchu posłuszeństwa, dopóki nie dowiesz się, czy jesteś w stanie sprawić, by dzieci uczyły się i wykonywały głupie i nudne rzeczy.

2) Funkcja integrująca (integrating). Ta może być równie dobrze nazwana „funkcją konformizacji”, ponieważ jej intencją jest upodobnienie dzieci do siebie tak dalece, jak to tylko możliwe. Ludzie, którzy się podporządkowują normie są przewidywalni, a to jest wielce użyteczne dla tych, którzy chcą okiełznać i manipulować liczną siłą roboczą.

3) Funkcja diagnostyczno-dyrektywna (diagnostic and directive). Szkoła ma za zadanie określić odpowiednią dla każdego ucznia rolę społeczną. Dokonuje się tego poprzez liczbowe i słowne odnotowywanie danych w systematycznie prowadzonej dokumentacji.


4) Funkcja różnicująca (differentiating). Kiedy tylko ich rola społeczna zostaje „zdiagnozowana”, dzieci mają być zgodnie z nią sortowane i kształcone tak dalece, jak wskazuje na to ich „stacja docelowa” w machinie społecznej – ani kroku dalej. To tyle o konstruowaniu pułapu możliwości dzieci.

5) Funkcja selekcyjna (selective). Ta nie odnosi się w ogóle do ludzkiego prawa do dokonywania wyborów, lecz do Darwinowskiej teorii naturalnego doboru, jako stosującej się do, jak on sam to nazywał, „ras uprzywilejowanych”. Mówiąc w skrócie, idea ta ma pomagać, aby sprawy działy się jak należy, poprzez świadome próby „poprawiania” wartości hodowanego stada. Szkoły są pomyślane jako narzędzia do etykietowania nieprzystosowanych – słabymi ocenami, lokowaniem w instytucjach poprawczych i innymi karami – na tyle wyraźnie, żeby ich rówieśnicy uznali ich za gorszych i efektywnie odgradzali ich od reprodukcyjnej loterii. Oto, co wszystkie te małe upokorzenia od pierwszej klasy w szkole począwszy mają zgodnie z projektem uczynić: zmyć „brud” do „ścieku”.

6) Funkcja propedeutyczna (propaedeutic). System społeczny implikowany przez
wskazane zasady będzie wymagał elitarnej grupy dozorców. W tym celu, niewielka część dzieci jest po cichu nauczana jak radzić sobie z kontynuowaniem owego projektu, jak nadzorować i kontrolować populację świadomie ogłupianych i rozbrajanych ludzi, aby rząd mógł działać dalej nie niepokojony, a korporacjom nigdy nie zbrakło posłusznej siły roboczej.

To właśnie, i niestety, jest celem obowiązkowej publicznej oświaty w tym kraju. Ale choćbyście uznali Inglisa za samotnego „nawiedzonego”, z nazbyt cynicznym podejściem do edukacyjnego przedsięwzięcia, to musicie wiedzieć, że wcale nie był on osamotniony w forsowaniu takich idei. Sam Conant, tworząc swoje dzieła na podstawach idei Horace Manna i innych, prowadził niestrudzenie kampanię na rzecz zaprojektowania według tego schematu amerykańskiego systemu szkolnego. Ludzie tacy jak George Peabody, który sfinansował wprowadzenie obowiązkowego szkolnictwa na całym amerykańskim Południu, z pewnością rozumie-li, że pruski system jest użyteczny w tworzeniu nie tylko nieszkodliwego elektoratu i służalczej siły roboczej, lecz także wirtualnego stada bezmyślnych konsumentów. Po pewnym czasie olbrzymia ilość industrialnych gigantów, wśród nich także Andrew Carnegie i John D. Rockefeller, uświadomiła sobie kolosalne profity, które można uzyskać poprzez kultywowanie i zwykłe nadzorowanie takiego stada przy wykorzystaniu publicznej oświaty.

Proszę więc bardzo. Już wiecie. Nie potrzebujemy koncepcji Karola Marksa o wielkiej wojnie pomiędzy klasami, by zauważyć, że w interesie kompleksowego sterowania, tak ekonomicznego, jak i politycznego, leży ogłupianie ludzi, demoralizowanie ich, wprowadzanie między nich podziałów i odsądzanie ich od czci i wiary, jeśli się nie podporządkowują. Klasowość może determinować ten projekt, jak to wyraził Woodrow Wilson, wówczas prezes Uniwersytetu Princeton, wobec Nowojorskiego Stowarzyszenia Nauczycieli w 1909 r.: „Życzymy sobie jednej klasy osób z liberalnym wykształceniem i drugiej klasy ludzi, z konieczności o wiele większej klasy i w każdym społeczeństwie, która zrzeknie się przywilejów liberalnej edukacji i przyłączy się do wykonywania specjalnych a trudnych zadań manualnych.” Jednak motywy stojące za tymi obrzydliwymi decyzjami, które przynoszą takież cele, wcale nie muszą opierać się na klasowości. Mogą one płynąć wprost ze strachu lub z pospolitego dziś przekonania, że „wydajność” jest cnotą naczelną, bardziej niż miłość, wolność, śmiech czy nadzieja. Ponad wszystko jednak płyną ze zwyczajnej chciwości.

Czekały przecież i przede wszystkim wielkie fortuny do zdobycia, w ekonomii bazującej na masowej produkcji i zorganizowanej na korzyść wielkich korporacji, a nie małych firm czy rodzinnych gospodarstw rolnych. Ale masowa produkcja wymaga masowej konsumpcji, a na początku XX wieku większość Amerykanów uważała zarówno za nienaturalne, jak i nierozsądne kupowanie przedmiotów, których się aktualnie nie potrzebuje. Obowiązkowe kształcenie w szkole okazało się darem niebios w tym względzie. Szkoła nie musiała wćwiczać dzieci w jakimkolwiek bezpośrednim sensie w myślenie, że powinny konsumować non-stop, ponieważ zrobiła coś znacznie lepszego: zachęcała je do niemyślenia w ogóle. A to pozostawiło je bezbronnymi na pastwę następnego wielkiego wynalazku ery nowożytnej – marketingu.

Cóż, nie trzeba ukończyć studiów z marketingu, by wiedzieć, że istnieją dwie grupy ludzi, którzy zawsze dadzą się przekonać do konsumowania więcej, niż jest im to potrzebne: nałogowcy i dzieci. Szkoła wykonała olbrzymi kawał roboty, zmieniając nasze dzieci w nałogowców, ale wykonała też spektakularne zadanie przemieniania naszych dzieci w ... dzieci. Tak jest, to nie przypadek. Teoretycy od Platona przez Rousseau do naszego profesora Inglisa wiedzieli, że jeśli dzieci mogłyby być zamknięte z innymi dziećmi, odarte z odpowiedzialności i niezależności, zachęcane do rozwijania jedynie banalizujących wszystko emocji chciwości, zawiści, zazdrości i lęku, to wyrosłyby, nigdy jednak nie zyskując prawdziwej dojrzałości. W wydaniu z 1934 r. sławnej swego czasu książki pt. „Public Education in the United States”, Ellwood P. Cubberley opisał szczegółowo i wychwalał sposób, w jaki ówczesna strategia powiększania szkół poszerzyła zakres dzieciństwa od dwóch do sześciu lat, gdy przymusowe kształcenie było w tym odniesieniu ciągle dość nowe. Ten sam Cubberley – który był dziekanem Szkoły Edukacji Uniwersytetu Stanford, wydawcą książek w Houghton Mifflin, przyjacielem Conanta i korespondentem na Harvardzie – napisał takie oto słowa w swej książce pt. „Public School Administration”, wydanej w 1922 r.: “Nasze szkoły są fabrykami, w których odpowiednie surowce (tj. dzieci) mają być kształtowane i modelowane. ... Obowiązkiem szkoły jest formować uczniów według przedłożonych jej specyfikacji.”

Jest całkowicie oczywistym w naszym dzisiejszym społeczeństwie, jakimi są owe specyfikacje. Do naszych czasów dojrzałość została wypędzona nieomal z każdego aspektu naszego życia. Łatwe prawo rozwodowe usunęło potrzebę pracy nad własnymi związkami; łatwe kredyty usunęły potrzebę fiskalnej samokontroli; łatwa rozrywka usunęła potrzebę uczenia się, jak organizować rozrywkę dla samego siebie; łatwe odpowiedzi usunęły potrzebę zadawania pytań. Staliśmy się narodem dzieci, szczęśliwych, że mogą poddać swe osądy i wolę politycznym nawoływaniom i reklamowym namowom, które oburzyłyby ludzi prawdziwie dorosłych. Kupujemy telewizory, a potem kupujemy te rzeczy, które w nich oglądamy. Kupujemy komputery, a potem rzeczy, które nam w nich oferują. Kupujemy za 150 $ tenisówki, czy ich potrzebujemy czy nie, a kiedy wylądują wkrótce potem w kącie, kupujemy następną parę. Jeździmy drogimi samochodami i wierzymy w kłamstwo, że stanowią one naszą polisę bezpieczeństwa, nawet kiedy lądujemy w nich do góry nogami. Ari Fleischer [były Rzecznik Prasowy Białego Domu – przyp. tł.] mówi nam byśmy „baczyli, co mówimy”, nawet kiedy pamiętamy, że mówiono nam niegdyś w szkole, iż Ameryka jest krajem ludzi wolnych. Takie słowa także zwyczajnie „kupujemy”. Nasze szkolne kształcenie, zgodnie z zamiarami swoich autorów, zajęło się tą właśnie sprawą.

A teraz trochę dobrych wieści. Kiedy już raz zrozumiesz logikę skrytą za nowoczesną oświatą, jej sztuczki i pułapki będą łatwe do uniknięcia. Szkoła kształci dzieci do bycia pracowni-kami i konsumentami; ucz je więc na własną rękę bycia liderami i poszukiwaczami przygód. Szkoła uczy dzieci bycia odruchowo posłusznymi; sam nauczaj je zatem krytycznego i niezależnego myślenia. Dobrze „wyszkolone” dzieci mają niski próg dla nudy; pomóż im więc rozwijać ich życie wewnętrzne , tak by już nigdy się nie nudziły. Zmuszaj je do brania na siebie poważnego materiału, dorosłego materiału z historii, literatury, filozofii, muzyki, sztuki, ekonomii, teologii – wszystkiego tego, czego nauczyciele świadomie unikają. Stawiaj swoim dzieciom wyzwania, zostawiając je z nimi na długie okresy samotności, tak by były zdolne do radowania się własnym towarzystwem, do prowadzenia wewnętrznych dialogów. Dobrze „wyszkoleni” ludzie są uwarunkowani do lęku przed byciem samotnymi i szukają ciągłego towarzystwa poprzez telewizję, komputer, telefon komórkowy oraz przez płytkie znajomości, szybko nawiązywane i równie szybko porzucane. Wasze dzieci powinny mieć bardziej znaczące życie i są do tego zdolne.

Najpierw, jednakże, musimy obudzić się, by dostrzec czym nasze szkoły są naprawdę: laboratoriami eksperymentowania na młodych umysłach, centrami treningowymi dla nawyków i postaw, których domaga się korporacyjne społeczeństwo. Obowiązkowa edukacja służy dzieciom jedynie incydentalnie; jej prawdziwym celem jest przekształcenie ich w „służących”. W miarę swoich możliwości nie dozwólcie, by ich dzieciństwo zostało rozciągnięte, nawet o jeden dzień. Jeśli David Farragut mógł objąć dowództwo nad przechwyconym brytyjskim okrętem wojennym jako przednastolatek [nie miał wtedy jeszcze ukończonych jedenastu lat życia – przyp. tł], jeśli Thomas Edison mógł publikować swoje czasopismo w wieku lat dwunastu, jeśli Ben Franklin mógł terminować w wydawnictwie w tym samym wieku (po czym przeszedł kurs studiów nieosiągalny dla absolwenta dzisiejszego Yale), nie ma potrzeby opowiadać, co wasze własne dzieci byłyby zdolne zrobić. U schyłku życia, po trzydziestu latach spędzonych w okopach publicznej szkoły zrozumiałem, że geniusz jest tak pospolity jak ziemia. Sami dławimy nasz geniusz tylko dlatego, że jeszcze nie uzmysłowiliśmy sobie jak kierować populacją wykształconych mężczyzn i kobiet. Rozwiązanie, jak sądzę, jest proste i pełne chwały. Niech kierują sobą sami!



wtorek, 01 września 2009
Pierwszy września!

Dzisiejszego dnia, po kilku tygodniach wakacji, polskie dzieci wracają do szkoły. Są ich tysiące! Coraz więcej jest też w Polsce dzieci, które do szkoły nie trafią. Rozpoczną nowy "rok edukacji domowej". Życzę im wszystkim i ich rodzicom powodzenia!

Dzień dzisiejszy jest, co ważniejsze, dla wszystkich Polaków dniem pamięci o wydarzeniach sprzed siedemdziesięciu lat. 1 września 1939 roku rozpoczęła się najokrutniejsza z wojen w dotychczasowej historii świata. Pochylmy głowę nad jej ofiarami!

08:35, mamareszke
Link Komentarze (1) »
wtorek, 25 sierpnia 2009
Dzisiaj powieje nudą, przepraszam!

Wydawałoby się, że cztery miesiące po wprowadzeniu nowelizacji ustawy o systemie oświaty wszyscy zainteresowani edukacją domową winni o zmianach prawa już wiedzieć. Niestety,  okazuje się, że mimo licznych dyskusji na ten temat pojawiają się osoby (ba, nawet promotorzy e.d.), do których owe „bardzo dobre” wieści jeszcze nie dotarły. Dla tych wszystkich cytuję odpowiednie fragmenty ustawy:

Art. 16.

8. Na wniosek rodziców dyrektor odpowiednio publicznego lub niepublicznego przedszkola, szkoły podstawowej, gimnazjum i szkoły ponadgimnazjalnej, do której dziecko zostało przyjęte, może zezwolić, w drodze decyzji, na spełnianie przez dziecko odpowiednio obowiązku, o którym mowa w art. 14 ust. 3, poza przedszkolem, oddziałem przedszkolnym lub inną formą wychowania przedszkolnego i obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą.

9. (uchylony).

10. Zezwolenie, o którym mowa w ust. 8, może być wydane, jeżeli:

1) wniosek o wydanie zezwolenia został złożony do dnia 31 maja;

2) do wniosku dołączono:

a) opinię poradni psychologiczno-pedagogicznej,

b) oświadczenie rodziców o zapewnieniu dziecku warunków umożliwiających realizację

podstawy programowej obowiązującej na danym etapie kształcenia,

c) zobowiązanie rodziców do przystępowania w każdym roku szkolnym przez dziecko

spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki do rocznych egzaminów

klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 11.

11. Dziecko spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą otrzymuje

świadectwo ukończenia poszczególnych klas danej szkoły po zdaniu egzaminów

klasyfikacyjnych z zakresu części podstawy programowej obowiązującej na danym etapie kształcenia, uzgodnionej na dany rok szkolny z dyrektorem szkoły, przeprowadzonych zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie art. 22 ust. 2 pkt 4 przez szkołę, której dyrektor zezwolił na spełnianie obowiązku szkolnego lub obowiązku nauki poza szkołą. Dziecku takiemu nie ustala się oceny zachowania.

12. Roczna i końcowa klasyfikacja ucznia spełniającego obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą odbywa się zgodnie z przepisami wydanymi na podstawie art. 22 ust. 2 pkt 4.

13. Dziecko spełniające obowiązek szkolny lub obowiązek nauki poza szkołą ma prawo

uczestniczyć w szkole w nadobowiązkowych zajęciach pozalekcyjnych, o których mowa w art. 64 ust. 1 pkt 4.

14. Cofnięcie zezwolenia, o którym mowa w ust. 8, następuje:

1) na wniosek rodziców;

2) jeżeli dziecko z przyczyn nieusprawiedliwionych nie przystąpiło do egzaminu

klasyfikacyjnego, o którym mowa w ust. 10 pkt 2 lit. c, albo nie zdało rocznych

egzaminów klasyfikacyjnych, o których mowa w ust. 10 pkt 2 lit. c;

3) w razie wydania zezwolenia z naruszeniem prawa.

 

Miało być tak pięknie, a wyszło … jak zwykle! Kiedy wspólnie z mężem surowo komentowaliśmy kształt proponowanej nowelizacji ustawy, niektórzy zaangażowani w jej tworzenie mieli nam to za złe. Między innymi, za uzasadnione, a dla rodzin edukacji domowej niekłopotliwe, uważali wprowadzenie zapisu o konieczności uzyskiwania opinii poradni psychologiczno-pedagogicznych. Pewna osoba z partii „optymistów” na forum edukacji domowej napisała: „Ideą ministerstwa jest zabezpieczenie przed rodzinami patologicznymi.” Przyznam szczerze, że zszokowało mnie takie podejście. Poznałam wiele rodzin e.d. – w tym gronie jakoś brakowało rodzin „patologicznych”. Szczerze mówiąc, nie wyobrażam sobie, aby „takie” rodziny chciały wziąć na siebie obowiązek nauczania własnych dzieci. Wiele rodzin „niepatologicznych” wskutek tego zapisu o poradniach ma obecnie problemy. Podobnie wygląda sprawa terminu składania dokumentów. Wiele rodzin z różnych względów tego terminu nie było w stanie dotrzymać. Spotkałam się z komentarzem, że jeśli nie w tym roku, to w przyszłym będzie można ubiegać się o zezwolenie. Taka niefrasobliwość obca jest jednak rodzicom, którzy chcieli dla swoich dzieci edukacji domowej od zaraz! Przykre jest to, że ta w sporej części nieudana nowelizacja spotkała się z bezkrytyczną aprobatą niektórych aktywistów środowiska edukacji domowej.

środa, 12 sierpnia 2009
Jak to było z ...?

Wakacje i ferie Emi i Paweł mieli w tym samym czasie co dzieci „szkolne”. Z naszego punktu widzenia nie mogło być inaczej, ponieważ nasze dzieciaki nie były izolowane od kolegów, najłatwiej było się spotykać, gdy tamci mieli „wolne”. Nasz rok „edukacyjny” w zasadzie pokrywał się z rokiem „szkolnym”, choć tak naprawdę solidna praca wypadała w czasie trwania roku akademickiego (z winy ojca). Z moich obserwacji wynika, że zawsze około 10 sierpnia dzieci już miały wakacji dosyć i z własnej woli zaglądały do podręczników (od innych książek wakacji nie miały, bo tego nie potrzebowały!). Brzmi to może niewiarygodnie, ale tak się właśnie składało.

 

Podręczniki szkolne były podstawą w naszej pracy. Trudno z nich zrezygnować, kiedy czekają cię egzaminy! Bazując na tych samych podręcznikach, co układający zadania egzaminacyjne szkolny nauczyciel, łatwiej się do nich przygotować. Jednak nie ograniczaliśmy się do wykorzystywanego w szkole zestawu, ale szukaliśmy podręczników dodatkowych, szczególnie tych, z naszego punktu widzenia najlepszych. Prócz tego wydawaliśmy majątek na różnego rodzaju encyklopedie, słowniki, atlasy, materiały popularno-naukowe. Historii, na przykład, dzieci uwielbiały uczyć się z przewrotnej serii „Strrraszna historia” (zawsze trzeba było kupować po dwa tomiki, bo inaczej była awantura, kto ma czytać pierwszy). Sporo też gromadziliśmy klasycznych dzieł literatury pięknej, i tej dla dzieci, i tej dla dorosłych. W ciągu całych dwunastu lat wspólnej nauki zebraliśmy pokaźną bibliotekę dla całej rodziny!

wtorek, 04 sierpnia 2009
Że dzwonią to wiadomo, ale w którym kościele!

 

 

Dziennikarze już wiedzą o edukacji domowej, ale czy to, co należy?

Jestem po lekturze artykułu pt. „Rodzice mogą sami uczyć dziecko w domu”  (Rzeczpospolita, 01.08.2009). Jego autor starał się przedstawić aktualne przepisy prawa dotyczące edukacji domowej. Część informacji pochodzi wprost ze znowelizowanej ustawy, i ta część jest względnie poprawna (przepisywanie, jeśli jest uważne, gwarantuje skuteczność). Inne informacje są błędne albo dlatego, że nie zostały sprawdzone, albo dlatego, że są nieuważnymi wnioskami z pozornie oczywistych danych. Tylko ktoś bez doświadczenia może twierdzić, że edukacja domowa to tylko kilka formalności. Tylko ktoś, kto pobieżnie liznął temat, może utrzymywać, że ta alternatywa jest w Polsce dostępna od kilkudziesięciu lat (wprowadziła ją dopiero ustawa z 1991 r.). Wbrew twierdzeniom autora, istnieją dwa stowarzyszenia, nie jedno "specjalne", na edukację przedszkolną nie trzeba zaś zgody, bo nie jest obowiązkowa. Co do egzaminów klasyfikacyjnych, to autor raz pisze, że są coroczne, a kiedy indziej, że mogą być częstsze (obecnie nie jest to już prawdziwe). A już na pewno nie można twierdzić, że egzaminy te są dokładnie uregulowane!

A teraz uderzę w prywatną nutę. Jestem ciekawa, skąd autor zaczerpnął informację na temat charakteru i sygnatury naszej rodzinnej sprawy w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie? I jeszcze jedna rzecz: u nas nie skończyło się na chęci nauczania "swojego dziecka", my to przez dwanaście lat robiliśmy, w dodatku od samego początku z dwojgiem swoich dzieci.

Drodzy dziennikarze, w Polsce jest już sporo rodzin edukujących swoje dzieci w domu, proście ich o pomoc przy pisaniu artykułów na ten temat!

21:12, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2009
Przeciętny dzień u Budajczaków.

(według dewizy: Bez pracy nie ma kołaczy.)

 

Choć to może rozczarowywać (a zwolenników unschoolingu przerażać), nasz przeciętny dzień nie był bardzo różny od przeciętnego dnia w szkole. Rozpoczynał się nieco później (od 8,30), poprzedzony obowiązkowym śniadaniem. Główne zajęcia, zgodnie z sugestiami fizjologów wysiłku, trwały do 13,00-13,30, po czym następowała przerwa obiadowa. Lżejsze zajęcia (np. gra na instrumentach, pływanie) realizowaliśmy od 15,30 do 18,00.

Przy młodszych dzieciach więcej było wspólnego siedzenia, kiedy dorastali, znacznie mniej, na korzyść pracy samodzielnej.

Lekcje, wedle stabilnego planu, trwały zależnie od potrzeb od 30 do 60 minut. Bywało, że dla przerobienia całego bloku tematycznego zajęcia – ze stosownymi przerwami na odpoczynek – trwały jeszcze dłużej. Czas trwania lekcji był też różny w zależności od wieku dzieci.

Od najwcześniejszych lat zawsze wspólne były lekcje języków obcych. Te realizowaliśmy sami, więc mogły odbywać się często (np. lekcje angielskiego odbywały się codziennie).

Wobec faktu, iż różnica wieku między naszymi dziećmi wynosi jeden rok, wszystkie zajęcia odbywaliśmy początkowo wspólnie, z biegiem czasu różnicując je odpowiednio do potrzeb i zainteresowań.

Oprócz zajęć „domowych”, dzieci nasze miały również zajęcia „pozadomowe”: chodziły na lekcje religii do szkoły (dopóki im tego przywileju nie odmówiono), należały do organizacji katolickich. Oczywiście wychodziły też na podwórko, na boisko, gdzie, bez kontroli dorosłych, „uspołeczniały się” między rówieśnikami.

Ot, zwykłe, przeciętne życie!

 

czwartek, 09 lipca 2009
Pomóżmy brytyjskim homeschoolers!

 

Ten list otrzymaliśmy od Leslie Barson:

 

Support home educators (homeschoolers) in England

 

Published by Raquel Toney on Jul 07, 2009

Category: Civil Rights

Region: GLOBAL

Target: England

Background (Preamble):

Please help us keep our freedom to home educate as we, and our children, see fit.

 

Please support us in petitioning the Prime Minister of Great Britain to reject the recommendations of the Report to the Secretary of State on the Review of Elective Home Education in England by Graham Badman.This report is a totally disproportionate response to a 'perceived' problem full of unsubstantiated allegations that home educated children are more at risk of abuse than those at school. This simply is not true, as the report itself makes clear. Enacting the recommendations in this report would establish the state as “parent of first resort”, even though current legislation makes parents responsible for providing a suitable education for their children.

 

The report proposes to introduce monitoring and registration of home educators. Local officials would be given automatic access to private homes to interview children without their parents or any other trusted adult present. This is outrageous and a serious challenge to civil liberties. Registration may be refused or revoked on safeguarding grounds, though so far it is unclear what these grounds may be and Badman in his report stated that such grounds could be “any other concerns” that the local official had. Under such conditions, “registration” could really mean “permission” especially when home educators come up against inspectors who are anti-home education.

 

The proposals also introduce the need for the parent to submit an approved 12 month plan and for their child to “exhibit” at the end of the year that their plan has been successfully implemented. This will put an end to autonomous education/unschooling, as any such child-led philosophy would be decimated by having to implement such a structured scheme. This would also seriously curtail the flexibility that many structured home educators enjoy.

 

Across many countries there seems to be an attempt to undermine home education and to make sure that all children receive the state’s approved version of education, Sweden is moving to ban home education and it is already against the law in Germany.

 

Please help us stop this happening in England. This is becoming a global problem for home educators/homeschoolers. Let us unite and say with one big voice, “enough is enough!"

Petition:

We the undersigned call upon the Prime Minister of Great Britain to reject the recommendations of the Report to the Secretary of State on the Review of Elective Home Education in England by Graham Badman.

 

http://www.gopetition.co.uk/online/29197.html

 

21:24, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
Wariacje na temat artykułu Marty Krzyżanowskiej-Sołtysiak
Dzieci są nasze. Nasze – czyli są własnością szkoły.

Jeśli dziecko nie chodzi do szkoły – to jest ofiarą. A jego rodzice to wielbłądy.

Izabela i Marek Budajczakowie z Ponieca od trzynastu lat udowadniają państwu, że nie skrzywdzili córki i syna. Wbrew wszystkim nie posłali dzieci do szkoły

Wicedyrektor szkoły mówiła wprost: "oddajcie nam nasze dzieci", dyrektor gimnazjum zabronił Emilii i Pawłowi przychodzić na lekcje religii, a burmistrz próbował nałożyć grzywnę na rodziców. Dzieci niepokornych rodziców były nawet pomawiane o związki kazirodcze. Wszystko przez to, że jako pierwsi w Polsce zdecydowali się na edukację domową.

Zwrot edukacja domowa dla byle funkcjonariusza, excuse le mot, oświaty, brzmi jak operowe intermezzo wykonane wiertarką udarową, a nawet gorzej. Krótko i węzłowato objaśnił stanowisko urzędasów tow. dyrektor szkoły rejonowej:

- Miałem informacje od nauczycieli, że te dzieci są odizolowane od rówieśników, że siedzą ciągle w domu - wspomina Bolesław Lipowicz (60 lat), emerytowany dyrektor Szkoły Podstawowej w Poniecu. - Moim zdaniem im działa się krzywda. Sparzyłem się na historii Budajczaków i drugi raz nie wyraziłbym nikomu zgody na edukację domową. Miejscem do nauki dzieci jest szkoła.

Zdanie szefa prowincjonalnego uczyliszcza jest prawem – on to bowiem jest kompetentny, aby ewentualnie wyrazić łaskawie zgodę na edukację domową. Pragnienie rodziców, aby jak najlepiej wykształcić własne dzieci, nie wystarcza, oni muszą o to uniżenie poprosić. Ukorzyć się przed jaśnie panem dyrektorem wiejskiej podstawówki i starannie objaśnić, dlaczego uważają, że opieka państwowych biurokratów jest ich zdaniem gorsza od domowej oferty programowej. W tym przypadku tow. dyrektor warunkowo zgodę wyraził, czego jednak (vide powyżej) gorzko żałował – dwie sztuki skutecznie wymknęły mu się z obławy. Zapewne tej właśnie dziury w sieci tow. dyrektor najbardziej żałuje (sparzyłem się), jako że cóż innego mogło go tak zaboleć? Krzywda dzieci? Popatrzmy, jak urzędas oświatowy zadbał o ich dobro:

Nauczycielka mówiła pozostałym uczniom, że młodzi Budajczakowie po prostu nie chcą chodzić z nimi do szkoły. Gdy Emilia przychodziła na lekcje religii, koledzy odsuwali się od niej. Krążyła też wśród nauczycieli plotka, że dzieci dziwnie się do siebie przytulały, gdy czekały na rekolekcje. Tylko że akurat tamtego dnia na te nauki poszło tylko jedno z nich.
Innym razem Paweł dowiedział się że "będzie siłą doprowadzony do szkoły w kajdankach".

Przełomowy był 1999 r., gdy w ramach reformy w kraju wprowadzono gimnazja.
- Dyrektor Lipowicz pod koniec roku szkolnego powiadomił nas, że Emilia musi zdać egzamin kończący szkołę podstawową. To było niezgodne z prawem, poza tym miałaby za mało czasu na przygotowanie się. Emilia nie poszła na ten sprawdzian.

W efekcie dyrektor anulował zgodę na nauczanie domowe. Czternastoletnia Emilia została wezwana, by rozpocząć naukę w klasie piątej, a trzynastoletni Paweł miał wrócić do klasy czwartej.

Jaki jest efekt tej heroicznej troski?

Dziś 22-letnia Emilia i 21-letni Paweł nie mają nawet świadectw ukończenia szkoły podstawowej. W 2007 r. zdali za to w Gdańsku amerykańską maturę, która uprawnia ich do podjęcia studiów w 2,5 tys. uczelni w USA, Anglii czy Francji. W Polsce nie mają prawa studiować nigdzie.

Odsapnijmy trochę, bowiem nadmiar oświatowej słodyczy grozi nudnościami. Przypomnijmy sobie inną historyjkę:

Chłopiec zaczął uczęszczać do szkoły mając 8 lat. Lubił zdobywać wiedzę na własną rękę a w szkole nauczyciel starał się wpoić mu na siłę wiadomości, których mimo obawy przed chłostą nie potrafił zapamiętać. Dociekliwe pytania, które zwykle zadawał wywoływały tylko gniew nauczyciela. Stał się najgorszym uczniem w klasie i po 3 miesiącach usłyszał jak nauczyciel mówił o nim niezbyt dobre rzeczy. Zły na nauczyciela wybiegł ze szkoły i nie chciał do niej wrócić. Przez jakiś czas uczęszczał jeszcze nieregularnie do innych szkół. Uczył się przeważnie sam w domu czytając książki. W wieku dziewięciu lat przeczytał książkę, w której były opisane proste eksperymenty. Był tak zafascynowany jej treścią, że wykonał wszystkie eksperymenty w niej opisane. Później urządził w swoim pokoju małe laboratorium i zaczął wymyślać własne, wykorzystując dostępne składniki. […]

W wieku 10 lat stał się miejscowym ekspertem od telegrafu uruchamiając samodzielnie urządzenie telegraficzne na stacji kolejowej w swoim miasteczku. W tym samym czasie został też wyrzucony z miejscowej szkoły podstawowej, gdyż zdaniem nauczyciela zadawał za dużo pytań i odmawiał wykonywania wielu prac domowych, które sam uznał za zbędną stratę czasu. Od tego czasu uczył się już wyłącznie sam i nigdy nie uczęszczał już do żadnej "oficjalnej" szkoły. Jego edukacją zajął się osobiście ojciec, który był komiwojażerem i zabierał syna na wspólne trasy objazdowe po USA i Kanadzie.

Kim jest ta ofiara edukacji domowej, pokrzywdzona przez nieodpowiedzialnych rodziców? To niejaki Tomasz Edison, którego nazwisko wiąże się z żarówką, fonografem, oscyloskopem i tak dalej pięć tysięcy razy. Wynalazca został wyedukowany przez tatę-komiwojażera, bez pomocy (a raczej –  bez przeszkód) ze strony regularnych szkół. Czy rodzice Emilii i Pawła reprezentują zbliżony status intelektualny, co poniekąd by usprawiedliwiało ich toksyczne upodobania?

Niestety, musimy sobie to jasno powiedzieć: nie, w żadnym wypadku. Pan Budajczak nie jest obwoźnym handlarzem, równać się z papą Tomasza, Samuelem Edisonem, nie może. Pan Marek Budajczak jest bowiem jedynie pracownikiem dydaktyczno - naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i nosi skromny tytuł doktora. A doktor to przecież mniej znaczy nawet od dyrektora szkoły podstawowej. Dyrektor szkoły podstawowej nie musi być doktorem, by doktorowi dyktować sposób postępowania z dziećmi owego doktora. A doktor może magistrowi-dyrektorowi jedynie skoczyć z rozbiegu obunóż.

Owa różnica w potencji obu panów znakomicie ilustruje stosunki społeczne między ludnością cywilną a kastą biurokratów (co wolno wojewodzie…). Liczy się bumaga z okrągłym kleksem urzędniczej pieczęci, a nie fakty:

- Szanuję ich decyzję, ale swoim dzieciom bym tego nie zrobiła - twierdzi emerytowana nauczycielka Irena Danielczak. - Bo to jest Polska i tu są potrzebne polskie papiery. Nie przeczę, że te dzieci mają szeroką wiedzę, ale martwię się, czy to im pomoże w dalszym życiu?

Czy szeroka wiedza pomaga w życiu? To kwestia, zdaniem pani nauczycielki, bardzo dyskusyjna. Co zatem pomaga w życiu? Tak jest, przecież o tym wspomniała – papierki. Papierek z warszawskiej tzw. Sorbony („szkoły” dającej świadectwa maturalne każdemu, kto przybłąka się z ulicy i potrafi podpisać się na liście obecności kilkoma nierozpoznawalnymi kulfonami) jest wart więcej od szerokiej wiedzy. Bo bumaga poświadcza to, co dla przeciętnego kuratora jest jeszcze w zasięgu percepcji, nieludzkim jest natomiast wymaganie, aby byle ministerialny egzaminator miał szeroką wiedzę – skończył szkołę publiczną, a nie domową, stąd trudno mu wypowiadać się o przedmiotach, które zaordynowali Budajczakowie swoim nieletnim ofiarom: malarstwie, rzeźbie, języku włoskim, mitologii kilku kontynentów, grece i łacinie.

Rodzice! Nie róbcie swoim dzieciom TEGO, nie odbierajcie im szansy zdobycia kolekcji papierków. Pamiętacie Madzię Karwowską z Czterdziestolatka? Kretynka, wielbicielka wygadanych ćwierćinteligentów, snobka przewrażliwiona na punkcie swojej ważności i do tego wszystkiego – pani magister. Miała stosowny papierek. A skoro miała papierek, to po co jej jeszcze coś innego, na przykład szeroka wiedza?

Predator XL, Salon 24

21:18, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009
Jak było?

Pomimo tego, iż „właściwa” edukacja domowa zaczyna się w momencie otrzymania na nią zgody, kiedy dziecko jest w wieku szkolnym, to jednak dla nas ważnym było przygotowanie solidnych fundamentów.

Takie fundamenty możemy zbudować, kiedy sami stoimy na solidnych podstawach. Konieczne jest stosowanie prostych zasad na codzień. Będą to: regularne pory posiłków, spacerów, snu, a także rytuały związane z tymi czynnościami. Nie ma to być jednak tępy schemat. My np. na kołysanki przerabialiśmy znane tematy muzyczne, m.in. z West Side Story. Telewizji we wczesnym wieku nasze dzieci nie oglądały (nie mieliśmy nawet telewizora – teraz mamy dwa!). Bez stałej obecności jednego rodzica w domu trudno oczywiście o kontrolę porządku dnia.

Dyscypliny się nie narzuca, dyscypliną trzeba dziecko stopniowo „zarażać”! Własny dobry przykład jest tu najlepszy. Trudno oczekiwać, że dziecko będzie czytać książki, kiedy rodzic nie czyta ich regularnie sam, ani nie czyta najpierw „dla” niego, a potem „z” nim. W taki sposób rodzi się samodyscyplina.

Jednak do niektórych rzeczy trzeba dziecko inteligentnie zmusić. Można, jak my, kazać dziecku uczyć się gry na instrumentach muzycznych, ale obok tego „uwodzić” je, pokazując różne odmiany muzyki. Nasz syn w wieku siedmiu lat na szczycie swojej listy przebojów miał: King Crimson, Edwarda Griega i Grzegorza Turnaua. Obecnie sam tworzy muzykę, choć to jego, urodzonego buntownika, trzeba było do jej uprawiania zmuszać.

Tak jak z dyscypliną, wygląda sprawa z ciekawością. Można ją stymulować, gdy sam rodzic ma pasje, które realizuje, w które wciąga także swoje dziecko. Czytanie książeczek dla dzieci, może być dla nich nużące. Zupełnie inne jest czytanie z dziećmi zapierających dech w piersiach historii ze Starego Testamentu i mitologii greckiej z rzymską. Bez tego w ogóle trudno radzić sobie z kulturą, nawet tą w wydaniu podręczników szkolnych. Kiedy „szkolne” dzieci pierwszy raz słuchały o mitologicznych postaciach antyku, nasze czytywały mity celtyckie i mezopotamskie.

Jedna inspiracja, pociąga za sobą następne. Nasza córka, z płaczem, za rodzicielskim nakazem czytająca pierwszą książkę M. Musierowicz, odkryła tę autorkę dla siebie i … przeczytała wszystkie jej książki (dotąd czyhając na każdą następną), dowiedziawszy się o jej bracie, S. Barańczaku, trafiła na Szekspira, od niego zaś przeszła do Historii Anglii, szczególnie w relacji G. M. Trevelyana.

Bez solidnych „korzeni”, żaden „kwiat” nie może się rozwinąć.

Iza Budajczak

09:28, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
Pierwsi w edukacji domowej- reportaż

Od lat na wojnie

26.12.2008.    Panorama Leszczyńska
"Izabela i Marek Budajczakowie z Ponieca od trzynastu lat udowadniają państwu, że nie skrzywdzili córki i syna. Wbrew wszystkim nie posłali dzieci do szkoły

Wicedyrektor szkoły mówiła wprost: „oddajcie nam nasze dzieci”,dyrektor gimnazjum zabronił Emilii i Pawłowi przychodzić na lekcje religii, a burmistrz próbował nałożyć grzywnę na rodziców. Dzieci niepokornych rodziców były nawet pomawiane o związki kazirodcze.Wszystko przez to, że jako pierwsi w Polsce zdecydowali się na edukację domową.

Krzywda była

Historia zaczęła się w 1994 r. Dr Marek Budajczak, pracownik dydaktyczno – naukowy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, usłyszał o edukacji domowej prowadzonej w USA i Wielkiej Brytanii. W tym czasie także polskie przepisy dopuszczały taką możliwość. 

– Jako ufny obywatel poszedłem po wskazówki do kuratorium oświaty w Lesznie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że chcemy z żoną skrzywdzić dzieci – opowiada dr Marek Budajczak. – Potem słyszeliśmy to na każdym kroku.

W 1995 r. zdeterminowani małżonkowie dopięli swego. Dyrektor szkoływ Poniecu pod pewnymi warunkami wyraził zgodę, by rozpoczęli edukację domową ośmioletniego Pawła i dziewięcioletniej Emilii. Tak zaczęła się ich „wojna trzynastoletnia” z systemem oświaty w Polsce.

– Miałem informacje od nauczycieli, że te dzieci są odizolowane od rówieśników, że siedzą ciągle w domu – po latach wspomina Bolesław Lipowicz (60 lat), emerytowany dyrektor Szkoły Podstawowej w Poniecu.– Moim zdaniem im działa się krzywda. Sparzyłem się na historii Budajczaków i drugi raz nie wyraziłbym nikomu zgody na edukację domową. Miejscem do nauki dzieci jest szkoła.

W domu mieli luksus

Na zewnątrz trwała wojna o dzieci, tymczasem w pokoju na poddaszu starej kamienicy w Poniecu Emilia i Paweł pobierali lekcje od mamy i taty. Korzystali z podręczników szkolnych, by realizować podstawę programową i móc zaliczyć narzucone przez dyrektora roczne egzaminy sprawdzające wiedzę. Przede wszystkim jednak poznawali świat od zarania dziejów.

Sięgali po książki i albumy o malarstwie, rzeźbie, muzyce. Uczyli się języka włoskiego (najpierw pani Iza sama uczyła się wieczorem, by rano przekazać dzieciom kolejną lekcję) i angielskiego. Oprócz trygonometrii i biologii domowi uczniowie poznawali biografie znanych ludzi, mitologie kilku kontynentów, filozofię, grekę i łacinę.

– Było też sporo zajęć praktycznych. Po deszczu szukaliśmy tęczy, wieczorami odnajdowaliśmy na niebie Małą Niedźwiedzicę czy Kasjopeę – wspomina Izabela Budajczak. – W jesienny poranek jechaliśmy do lasu na lekcję biologii i zbieraliśmy grzyby.

Do jednego przedmiotu małżonkowie zaangażowali nauczycielkę.

– Uczyłam Emilię i Pawła gry na prawdziwych instrumentach, które kupowali im rodzice. No, dzieci w szkole nie miały takiego luksusu – przyznaje Irena Danielczak (63 lata) z Drzewiec, emerytowana nauczycielka.

Grozili im kajdankami

Pierwsze dwa egzaminy kończące rok szkolny Emilia i Paweł zdali bezproblemu. Po długiej walce z ich ojcem dyrektor Lipowicz skapitulował –o egzaminach mieli, zgodnie z prawem, decydować rodzice.

Ale były inne szykany. Nauczycielka mówiła pozostałym uczniom, że młodzi Budajczakowie po prostu nie chcą chodzić z nimi do szkoły. Gdy Emilia przychodziła na lekcje religii, koledzy odsuwali się od niej.Krążyła też wśród nauczycieli plotka, że dzieci dziwnie się do siebie przytulały, gdy czekały na rekolekcje. Tylko że akurat tamtego dnia na te nauki poszło tylko jedno z nich.

– Innym razem Paweł dowiedział się że „będzie siłą doprowadzony do szkoły w kajdankach” – to jedno z bardziej niemiłych wspomnień Izabeli Budajczak.

Przełomowy był 1999 r., gdy w ramach reformy w kraju wprowadzono gimnazja.

– Dyrektor Lipowicz pod koniec roku szkolnego powiadomił nas, że Emilia musi zdać egzamin kończący szkołę podstawową. To było niezgodne z prawem, poza tym miałaby za mało czasu na przygotowaniesię. Emilia nie poszła na ten sprawdzian – przyznaje Marek Budajczak.

W efekcie dyrektor anulował zgodę na nauczanie domowe.Czternastoletnia Emilia została wezwana, by rozpocząć naukę w klasie piątej, a trzynastoletni Paweł miał wrócić do klasy czwartej.   

Gdyby nie przeszkadzali

Mimo wezwań, gróźb i grzywny Budajczakowie zastosowali obywatelskie nieposłuszeństwo. Swoim rytmem prowadzili domową edukację. Nie godzilisię na urzędnicze zarządzenia, pisali kolejne odwołania i pozwy dosądów administracyjnych. Obecnie czekają na sądowe anulowanie bezprawnych decyzji dyrektora ponieckiej szkoły z 1995 r.

Dziś 22-letnia Emilia i 21-letni Paweł nie mają nawet świadectw ukończenia szkoły podstawowej. W 2007 r. zdali za to w Gdańsku amerykańską maturę, która uprawnia ich do podjęcia studiów w 2,5 tys.uczelni w USA, Anglii czy Francji. W Polsce nie mają prawa studiować nigdzie. Trwa urzędnicza przepychanka, czy można nostryfikować ich dyplomy.

– Walczymy z systemem, by zademonstrować innym, że niezależnie od trudności warto dążyć do swoich celów. Naszym zdaniem to urzędnicy wyrządzili naszym dzieciom krzywdę, jednakże my czujemy się za to odpowiedzialni – w tym temacie państwo Budajczakowie zawsze mówią jednym głosem. – Nie chcieliśmy niczyjej pomocy. Wystarczyłoby, żeby nam nie przeszkadzano...

Są tacy dzięki edukacji domowej

Nikt z rodziny nie żałuje decyzji z 1995 r. Emilia i Paweł nie rozmawiają z mediami, ale można wierzyć ich rodzicom.

– Oboje świetnie skorzystali z naszej oferty, mają szeroką wiedzę i umiejętności. Niedawno powiedzieli, że gdyby nie ta domowa edukacja, to nie byliby takimi ludźmi, na jakich wyrośli – podkreśla pan Marek.

Emilia mieszka z rodzicami, uczy małe dzieci języka angielskiego, chce doskonalić język migowy. Paweł jest wolnym słuchaczem jednej z poznańskich uczelni.

– Czasem denerwowałam się, że mąż ma doktorat, a ja nawetnie zdawałam drugi raz na studia i krótko pracowałam zawodowo. Z drugiej strony dobrze mi było w domu. W przerwach między lekcjami prałam i gotowałam, ale kotletów nigdy nie przypaliłam –  zapewnia pani Iza.

Tu jest Polska, musi być papier

– Szanuję ich decyzję, ale swoim dzieciom bym tego nie zrobiła – twierdzi Irena Danielczak. –Bo to jest Polska i tu są potrzebne polskie papiery. Nie przeczę, że te dzieci mają szeroką wiedzę, ale martwię się, czy to im pomoże w dalszym życiu?

Odmienne zdanie ma Felicja Grześkowiak, emerytowana nauczycielka, która od początku przygląda się edukacji Budajczaków.

– Ja ich podziwiam za odwagę, zaangażowanie i wysiłek. Zacałą sytuację winię system oświatowy, który w niczym im nie pomógł, awręcz szkodził niespójnymi przepisami i udowadnianiem urzędniczych racji – od lat niezmiennie uważa Felicja Grześkowiak (60 lat) z Czarkowa w gm. Poniec. – Oni nie zrobili nic złego.


MARTA KRZYŻANOWSKA-SOŁTYSIAK /fot.S.Skrobałą



Edukacja domowa to legalny w Polsce rodzaj spełniania obowiązku szkolnego i obowiązku nauki (od zerówki do końca szkoły średniej), w którym dziecko nie uczęszcza do szkoły, a uczy się we własnym domu, nauczane najczęściej przez własnych rodziców.
Aby rozpocząć edukację domową, rodzice winni złożyć u dyrektora odpowiedniej szkoły wniosek o zezwolenie na spełnianie przez ich dziecko obowiązku szkolnego lub, dla młodzieży w wieku ponadgimnazjalnym, obowiązku nauki poza szkołą.


Przepisy prawne określające zasady edukacji domowej reguluje art. 16. ust. 8. ustawy o systemie oświaty.


Dzieci uczące się w domu dobrze radzą sobie wkontaktach z innymi ludźmi (nie mają też żadnych trudności w relacjach z rówieśnikami) i są bardziej prospołecznie nastawione, niż dzieci szkolne. Wbrew wyobrażeniu, dzieci edukacji domowej nie tylko nie są izolowane w domu, ale mają więcej kontaktów z ludźmi spoza rodziny niż te, które uczą się w szkołach.
Przeciętne egzaminacyjne wyniki „domowych uczniów” są wyższe niż wynikiuczniów szkół. Wyniki w nauce są niezależne od wykształcenia rodziców.W USA jest obecnie około 3 milionów dzieci uczących się w taki sposób –W Polsce około czterdzieściorga.
Edukacja domowa czyni zadość wymogowi indywidualizacji w edukacji –każde dziecko jest unikalne i do każdego należy podchodzić na innesposoby. "

09:09, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
1 ... 16 , 17 , 18
 
| < Październik 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
            1
2 3 4 5 6 7 8
9 10 11 12 13 14 15
16 17 18 19 20 21 22
23 24 25 26 27 28 29
30 31