Blog Izy Budajczak-Moder
środa, 12 sierpnia 2009
Jak to było z ...?

Wakacje i ferie Emi i Paweł mieli w tym samym czasie co dzieci „szkolne”. Z naszego punktu widzenia nie mogło być inaczej, ponieważ nasze dzieciaki nie były izolowane od kolegów, najłatwiej było się spotykać, gdy tamci mieli „wolne”. Nasz rok „edukacyjny” w zasadzie pokrywał się z rokiem „szkolnym”, choć tak naprawdę solidna praca wypadała w czasie trwania roku akademickiego (z winy ojca). Z moich obserwacji wynika, że zawsze około 10 sierpnia dzieci już miały wakacji dosyć i z własnej woli zaglądały do podręczników (od innych książek wakacji nie miały, bo tego nie potrzebowały!). Brzmi to może niewiarygodnie, ale tak się właśnie składało.

 

Podręczniki szkolne były podstawą w naszej pracy. Trudno z nich zrezygnować, kiedy czekają cię egzaminy! Bazując na tych samych podręcznikach, co układający zadania egzaminacyjne szkolny nauczyciel, łatwiej się do nich przygotować. Jednak nie ograniczaliśmy się do wykorzystywanego w szkole zestawu, ale szukaliśmy podręczników dodatkowych, szczególnie tych, z naszego punktu widzenia najlepszych. Prócz tego wydawaliśmy majątek na różnego rodzaju encyklopedie, słowniki, atlasy, materiały popularno-naukowe. Historii, na przykład, dzieci uwielbiały uczyć się z przewrotnej serii „Strrraszna historia” (zawsze trzeba było kupować po dwa tomiki, bo inaczej była awantura, kto ma czytać pierwszy). Sporo też gromadziliśmy klasycznych dzieł literatury pięknej, i tej dla dzieci, i tej dla dorosłych. W ciągu całych dwunastu lat wspólnej nauki zebraliśmy pokaźną bibliotekę dla całej rodziny!

wtorek, 04 sierpnia 2009
Że dzwonią to wiadomo, ale w którym kościele!

 

 

Dziennikarze już wiedzą o edukacji domowej, ale czy to, co należy?

Jestem po lekturze artykułu pt. „Rodzice mogą sami uczyć dziecko w domu”  (Rzeczpospolita, 01.08.2009). Jego autor starał się przedstawić aktualne przepisy prawa dotyczące edukacji domowej. Część informacji pochodzi wprost ze znowelizowanej ustawy, i ta część jest względnie poprawna (przepisywanie, jeśli jest uważne, gwarantuje skuteczność). Inne informacje są błędne albo dlatego, że nie zostały sprawdzone, albo dlatego, że są nieuważnymi wnioskami z pozornie oczywistych danych. Tylko ktoś bez doświadczenia może twierdzić, że edukacja domowa to tylko kilka formalności. Tylko ktoś, kto pobieżnie liznął temat, może utrzymywać, że ta alternatywa jest w Polsce dostępna od kilkudziesięciu lat (wprowadziła ją dopiero ustawa z 1991 r.). Wbrew twierdzeniom autora, istnieją dwa stowarzyszenia, nie jedno "specjalne", na edukację przedszkolną nie trzeba zaś zgody, bo nie jest obowiązkowa. Co do egzaminów klasyfikacyjnych, to autor raz pisze, że są coroczne, a kiedy indziej, że mogą być częstsze (obecnie nie jest to już prawdziwe). A już na pewno nie można twierdzić, że egzaminy te są dokładnie uregulowane!

A teraz uderzę w prywatną nutę. Jestem ciekawa, skąd autor zaczerpnął informację na temat charakteru i sygnatury naszej rodzinnej sprawy w Wojewódzkim Sądzie Administracyjnym w Warszawie? I jeszcze jedna rzecz: u nas nie skończyło się na chęci nauczania "swojego dziecka", my to przez dwanaście lat robiliśmy, w dodatku od samego początku z dwojgiem swoich dzieci.

Drodzy dziennikarze, w Polsce jest już sporo rodzin edukujących swoje dzieci w domu, proście ich o pomoc przy pisaniu artykułów na ten temat!

21:12, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
środa, 29 lipca 2009
Przeciętny dzień u Budajczaków.

(według dewizy: Bez pracy nie ma kołaczy.)

 

Choć to może rozczarowywać (a zwolenników unschoolingu przerażać), nasz przeciętny dzień nie był bardzo różny od przeciętnego dnia w szkole. Rozpoczynał się nieco później (od 8,30), poprzedzony obowiązkowym śniadaniem. Główne zajęcia, zgodnie z sugestiami fizjologów wysiłku, trwały do 13,00-13,30, po czym następowała przerwa obiadowa. Lżejsze zajęcia (np. gra na instrumentach, pływanie) realizowaliśmy od 15,30 do 18,00.

Przy młodszych dzieciach więcej było wspólnego siedzenia, kiedy dorastali, znacznie mniej, na korzyść pracy samodzielnej.

Lekcje, wedle stabilnego planu, trwały zależnie od potrzeb od 30 do 60 minut. Bywało, że dla przerobienia całego bloku tematycznego zajęcia – ze stosownymi przerwami na odpoczynek – trwały jeszcze dłużej. Czas trwania lekcji był też różny w zależności od wieku dzieci.

Od najwcześniejszych lat zawsze wspólne były lekcje języków obcych. Te realizowaliśmy sami, więc mogły odbywać się często (np. lekcje angielskiego odbywały się codziennie).

Wobec faktu, iż różnica wieku między naszymi dziećmi wynosi jeden rok, wszystkie zajęcia odbywaliśmy początkowo wspólnie, z biegiem czasu różnicując je odpowiednio do potrzeb i zainteresowań.

Oprócz zajęć „domowych”, dzieci nasze miały również zajęcia „pozadomowe”: chodziły na lekcje religii do szkoły (dopóki im tego przywileju nie odmówiono), należały do organizacji katolickich. Oczywiście wychodziły też na podwórko, na boisko, gdzie, bez kontroli dorosłych, „uspołeczniały się” między rówieśnikami.

Ot, zwykłe, przeciętne życie!

 

czwartek, 09 lipca 2009
Pomóżmy brytyjskim homeschoolers!

 

Ten list otrzymaliśmy od Leslie Barson:

 

Support home educators (homeschoolers) in England

 

Published by Raquel Toney on Jul 07, 2009

Category: Civil Rights

Region: GLOBAL

Target: England

Background (Preamble):

Please help us keep our freedom to home educate as we, and our children, see fit.

 

Please support us in petitioning the Prime Minister of Great Britain to reject the recommendations of the Report to the Secretary of State on the Review of Elective Home Education in England by Graham Badman.This report is a totally disproportionate response to a 'perceived' problem full of unsubstantiated allegations that home educated children are more at risk of abuse than those at school. This simply is not true, as the report itself makes clear. Enacting the recommendations in this report would establish the state as “parent of first resort”, even though current legislation makes parents responsible for providing a suitable education for their children.

 

The report proposes to introduce monitoring and registration of home educators. Local officials would be given automatic access to private homes to interview children without their parents or any other trusted adult present. This is outrageous and a serious challenge to civil liberties. Registration may be refused or revoked on safeguarding grounds, though so far it is unclear what these grounds may be and Badman in his report stated that such grounds could be “any other concerns” that the local official had. Under such conditions, “registration” could really mean “permission” especially when home educators come up against inspectors who are anti-home education.

 

The proposals also introduce the need for the parent to submit an approved 12 month plan and for their child to “exhibit” at the end of the year that their plan has been successfully implemented. This will put an end to autonomous education/unschooling, as any such child-led philosophy would be decimated by having to implement such a structured scheme. This would also seriously curtail the flexibility that many structured home educators enjoy.

 

Across many countries there seems to be an attempt to undermine home education and to make sure that all children receive the state’s approved version of education, Sweden is moving to ban home education and it is already against the law in Germany.

 

Please help us stop this happening in England. This is becoming a global problem for home educators/homeschoolers. Let us unite and say with one big voice, “enough is enough!"

Petition:

We the undersigned call upon the Prime Minister of Great Britain to reject the recommendations of the Report to the Secretary of State on the Review of Elective Home Education in England by Graham Badman.

 

http://www.gopetition.co.uk/online/29197.html

 

21:24, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
Wariacje na temat artykułu Marty Krzyżanowskiej-Sołtysiak
Dzieci są nasze. Nasze – czyli są własnością szkoły.

Jeśli dziecko nie chodzi do szkoły – to jest ofiarą. A jego rodzice to wielbłądy.

Izabela i Marek Budajczakowie z Ponieca od trzynastu lat udowadniają państwu, że nie skrzywdzili córki i syna. Wbrew wszystkim nie posłali dzieci do szkoły

Wicedyrektor szkoły mówiła wprost: "oddajcie nam nasze dzieci", dyrektor gimnazjum zabronił Emilii i Pawłowi przychodzić na lekcje religii, a burmistrz próbował nałożyć grzywnę na rodziców. Dzieci niepokornych rodziców były nawet pomawiane o związki kazirodcze. Wszystko przez to, że jako pierwsi w Polsce zdecydowali się na edukację domową.

Zwrot edukacja domowa dla byle funkcjonariusza, excuse le mot, oświaty, brzmi jak operowe intermezzo wykonane wiertarką udarową, a nawet gorzej. Krótko i węzłowato objaśnił stanowisko urzędasów tow. dyrektor szkoły rejonowej:

- Miałem informacje od nauczycieli, że te dzieci są odizolowane od rówieśników, że siedzą ciągle w domu - wspomina Bolesław Lipowicz (60 lat), emerytowany dyrektor Szkoły Podstawowej w Poniecu. - Moim zdaniem im działa się krzywda. Sparzyłem się na historii Budajczaków i drugi raz nie wyraziłbym nikomu zgody na edukację domową. Miejscem do nauki dzieci jest szkoła.

Zdanie szefa prowincjonalnego uczyliszcza jest prawem – on to bowiem jest kompetentny, aby ewentualnie wyrazić łaskawie zgodę na edukację domową. Pragnienie rodziców, aby jak najlepiej wykształcić własne dzieci, nie wystarcza, oni muszą o to uniżenie poprosić. Ukorzyć się przed jaśnie panem dyrektorem wiejskiej podstawówki i starannie objaśnić, dlaczego uważają, że opieka państwowych biurokratów jest ich zdaniem gorsza od domowej oferty programowej. W tym przypadku tow. dyrektor warunkowo zgodę wyraził, czego jednak (vide powyżej) gorzko żałował – dwie sztuki skutecznie wymknęły mu się z obławy. Zapewne tej właśnie dziury w sieci tow. dyrektor najbardziej żałuje (sparzyłem się), jako że cóż innego mogło go tak zaboleć? Krzywda dzieci? Popatrzmy, jak urzędas oświatowy zadbał o ich dobro:

Nauczycielka mówiła pozostałym uczniom, że młodzi Budajczakowie po prostu nie chcą chodzić z nimi do szkoły. Gdy Emilia przychodziła na lekcje religii, koledzy odsuwali się od niej. Krążyła też wśród nauczycieli plotka, że dzieci dziwnie się do siebie przytulały, gdy czekały na rekolekcje. Tylko że akurat tamtego dnia na te nauki poszło tylko jedno z nich.
Innym razem Paweł dowiedział się że "będzie siłą doprowadzony do szkoły w kajdankach".

Przełomowy był 1999 r., gdy w ramach reformy w kraju wprowadzono gimnazja.
- Dyrektor Lipowicz pod koniec roku szkolnego powiadomił nas, że Emilia musi zdać egzamin kończący szkołę podstawową. To było niezgodne z prawem, poza tym miałaby za mało czasu na przygotowanie się. Emilia nie poszła na ten sprawdzian.

W efekcie dyrektor anulował zgodę na nauczanie domowe. Czternastoletnia Emilia została wezwana, by rozpocząć naukę w klasie piątej, a trzynastoletni Paweł miał wrócić do klasy czwartej.

Jaki jest efekt tej heroicznej troski?

Dziś 22-letnia Emilia i 21-letni Paweł nie mają nawet świadectw ukończenia szkoły podstawowej. W 2007 r. zdali za to w Gdańsku amerykańską maturę, która uprawnia ich do podjęcia studiów w 2,5 tys. uczelni w USA, Anglii czy Francji. W Polsce nie mają prawa studiować nigdzie.

Odsapnijmy trochę, bowiem nadmiar oświatowej słodyczy grozi nudnościami. Przypomnijmy sobie inną historyjkę:

Chłopiec zaczął uczęszczać do szkoły mając 8 lat. Lubił zdobywać wiedzę na własną rękę a w szkole nauczyciel starał się wpoić mu na siłę wiadomości, których mimo obawy przed chłostą nie potrafił zapamiętać. Dociekliwe pytania, które zwykle zadawał wywoływały tylko gniew nauczyciela. Stał się najgorszym uczniem w klasie i po 3 miesiącach usłyszał jak nauczyciel mówił o nim niezbyt dobre rzeczy. Zły na nauczyciela wybiegł ze szkoły i nie chciał do niej wrócić. Przez jakiś czas uczęszczał jeszcze nieregularnie do innych szkół. Uczył się przeważnie sam w domu czytając książki. W wieku dziewięciu lat przeczytał książkę, w której były opisane proste eksperymenty. Był tak zafascynowany jej treścią, że wykonał wszystkie eksperymenty w niej opisane. Później urządził w swoim pokoju małe laboratorium i zaczął wymyślać własne, wykorzystując dostępne składniki. […]

W wieku 10 lat stał się miejscowym ekspertem od telegrafu uruchamiając samodzielnie urządzenie telegraficzne na stacji kolejowej w swoim miasteczku. W tym samym czasie został też wyrzucony z miejscowej szkoły podstawowej, gdyż zdaniem nauczyciela zadawał za dużo pytań i odmawiał wykonywania wielu prac domowych, które sam uznał za zbędną stratę czasu. Od tego czasu uczył się już wyłącznie sam i nigdy nie uczęszczał już do żadnej "oficjalnej" szkoły. Jego edukacją zajął się osobiście ojciec, który był komiwojażerem i zabierał syna na wspólne trasy objazdowe po USA i Kanadzie.

Kim jest ta ofiara edukacji domowej, pokrzywdzona przez nieodpowiedzialnych rodziców? To niejaki Tomasz Edison, którego nazwisko wiąże się z żarówką, fonografem, oscyloskopem i tak dalej pięć tysięcy razy. Wynalazca został wyedukowany przez tatę-komiwojażera, bez pomocy (a raczej –  bez przeszkód) ze strony regularnych szkół. Czy rodzice Emilii i Pawła reprezentują zbliżony status intelektualny, co poniekąd by usprawiedliwiało ich toksyczne upodobania?

Niestety, musimy sobie to jasno powiedzieć: nie, w żadnym wypadku. Pan Budajczak nie jest obwoźnym handlarzem, równać się z papą Tomasza, Samuelem Edisonem, nie może. Pan Marek Budajczak jest bowiem jedynie pracownikiem dydaktyczno - naukowym Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza i nosi skromny tytuł doktora. A doktor to przecież mniej znaczy nawet od dyrektora szkoły podstawowej. Dyrektor szkoły podstawowej nie musi być doktorem, by doktorowi dyktować sposób postępowania z dziećmi owego doktora. A doktor może magistrowi-dyrektorowi jedynie skoczyć z rozbiegu obunóż.

Owa różnica w potencji obu panów znakomicie ilustruje stosunki społeczne między ludnością cywilną a kastą biurokratów (co wolno wojewodzie…). Liczy się bumaga z okrągłym kleksem urzędniczej pieczęci, a nie fakty:

- Szanuję ich decyzję, ale swoim dzieciom bym tego nie zrobiła - twierdzi emerytowana nauczycielka Irena Danielczak. - Bo to jest Polska i tu są potrzebne polskie papiery. Nie przeczę, że te dzieci mają szeroką wiedzę, ale martwię się, czy to im pomoże w dalszym życiu?

Czy szeroka wiedza pomaga w życiu? To kwestia, zdaniem pani nauczycielki, bardzo dyskusyjna. Co zatem pomaga w życiu? Tak jest, przecież o tym wspomniała – papierki. Papierek z warszawskiej tzw. Sorbony („szkoły” dającej świadectwa maturalne każdemu, kto przybłąka się z ulicy i potrafi podpisać się na liście obecności kilkoma nierozpoznawalnymi kulfonami) jest wart więcej od szerokiej wiedzy. Bo bumaga poświadcza to, co dla przeciętnego kuratora jest jeszcze w zasięgu percepcji, nieludzkim jest natomiast wymaganie, aby byle ministerialny egzaminator miał szeroką wiedzę – skończył szkołę publiczną, a nie domową, stąd trudno mu wypowiadać się o przedmiotach, które zaordynowali Budajczakowie swoim nieletnim ofiarom: malarstwie, rzeźbie, języku włoskim, mitologii kilku kontynentów, grece i łacinie.

Rodzice! Nie róbcie swoim dzieciom TEGO, nie odbierajcie im szansy zdobycia kolekcji papierków. Pamiętacie Madzię Karwowską z Czterdziestolatka? Kretynka, wielbicielka wygadanych ćwierćinteligentów, snobka przewrażliwiona na punkcie swojej ważności i do tego wszystkiego – pani magister. Miała stosowny papierek. A skoro miała papierek, to po co jej jeszcze coś innego, na przykład szeroka wiedza?

Predator XL, Salon 24

21:18, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
piątek, 03 lipca 2009
Jak było?

Pomimo tego, iż „właściwa” edukacja domowa zaczyna się w momencie otrzymania na nią zgody, kiedy dziecko jest w wieku szkolnym, to jednak dla nas ważnym było przygotowanie solidnych fundamentów.

Takie fundamenty możemy zbudować, kiedy sami stoimy na solidnych podstawach. Konieczne jest stosowanie prostych zasad na codzień. Będą to: regularne pory posiłków, spacerów, snu, a także rytuały związane z tymi czynnościami. Nie ma to być jednak tępy schemat. My np. na kołysanki przerabialiśmy znane tematy muzyczne, m.in. z West Side Story. Telewizji we wczesnym wieku nasze dzieci nie oglądały (nie mieliśmy nawet telewizora – teraz mamy dwa!). Bez stałej obecności jednego rodzica w domu trudno oczywiście o kontrolę porządku dnia.

Dyscypliny się nie narzuca, dyscypliną trzeba dziecko stopniowo „zarażać”! Własny dobry przykład jest tu najlepszy. Trudno oczekiwać, że dziecko będzie czytać książki, kiedy rodzic nie czyta ich regularnie sam, ani nie czyta najpierw „dla” niego, a potem „z” nim. W taki sposób rodzi się samodyscyplina.

Jednak do niektórych rzeczy trzeba dziecko inteligentnie zmusić. Można, jak my, kazać dziecku uczyć się gry na instrumentach muzycznych, ale obok tego „uwodzić” je, pokazując różne odmiany muzyki. Nasz syn w wieku siedmiu lat na szczycie swojej listy przebojów miał: King Crimson, Edwarda Griega i Grzegorza Turnaua. Obecnie sam tworzy muzykę, choć to jego, urodzonego buntownika, trzeba było do jej uprawiania zmuszać.

Tak jak z dyscypliną, wygląda sprawa z ciekawością. Można ją stymulować, gdy sam rodzic ma pasje, które realizuje, w które wciąga także swoje dziecko. Czytanie książeczek dla dzieci, może być dla nich nużące. Zupełnie inne jest czytanie z dziećmi zapierających dech w piersiach historii ze Starego Testamentu i mitologii greckiej z rzymską. Bez tego w ogóle trudno radzić sobie z kulturą, nawet tą w wydaniu podręczników szkolnych. Kiedy „szkolne” dzieci pierwszy raz słuchały o mitologicznych postaciach antyku, nasze czytywały mity celtyckie i mezopotamskie.

Jedna inspiracja, pociąga za sobą następne. Nasza córka, z płaczem, za rodzicielskim nakazem czytająca pierwszą książkę M. Musierowicz, odkryła tę autorkę dla siebie i … przeczytała wszystkie jej książki (dotąd czyhając na każdą następną), dowiedziawszy się o jej bracie, S. Barańczaku, trafiła na Szekspira, od niego zaś przeszła do Historii Anglii, szczególnie w relacji G. M. Trevelyana.

Bez solidnych „korzeni”, żaden „kwiat” nie może się rozwinąć.

Iza Budajczak

09:28, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
Pierwsi w edukacji domowej- reportaż

Od lat na wojnie

26.12.2008.    Panorama Leszczyńska
"Izabela i Marek Budajczakowie z Ponieca od trzynastu lat udowadniają państwu, że nie skrzywdzili córki i syna. Wbrew wszystkim nie posłali dzieci do szkoły

Wicedyrektor szkoły mówiła wprost: „oddajcie nam nasze dzieci”,dyrektor gimnazjum zabronił Emilii i Pawłowi przychodzić na lekcje religii, a burmistrz próbował nałożyć grzywnę na rodziców. Dzieci niepokornych rodziców były nawet pomawiane o związki kazirodcze.Wszystko przez to, że jako pierwsi w Polsce zdecydowali się na edukację domową.

Krzywda była

Historia zaczęła się w 1994 r. Dr Marek Budajczak, pracownik dydaktyczno – naukowy Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, usłyszał o edukacji domowej prowadzonej w USA i Wielkiej Brytanii. W tym czasie także polskie przepisy dopuszczały taką możliwość. 

– Jako ufny obywatel poszedłem po wskazówki do kuratorium oświaty w Lesznie. Wtedy po raz pierwszy usłyszałem, że chcemy z żoną skrzywdzić dzieci – opowiada dr Marek Budajczak. – Potem słyszeliśmy to na każdym kroku.

W 1995 r. zdeterminowani małżonkowie dopięli swego. Dyrektor szkoływ Poniecu pod pewnymi warunkami wyraził zgodę, by rozpoczęli edukację domową ośmioletniego Pawła i dziewięcioletniej Emilii. Tak zaczęła się ich „wojna trzynastoletnia” z systemem oświaty w Polsce.

– Miałem informacje od nauczycieli, że te dzieci są odizolowane od rówieśników, że siedzą ciągle w domu – po latach wspomina Bolesław Lipowicz (60 lat), emerytowany dyrektor Szkoły Podstawowej w Poniecu.– Moim zdaniem im działa się krzywda. Sparzyłem się na historii Budajczaków i drugi raz nie wyraziłbym nikomu zgody na edukację domową. Miejscem do nauki dzieci jest szkoła.

W domu mieli luksus

Na zewnątrz trwała wojna o dzieci, tymczasem w pokoju na poddaszu starej kamienicy w Poniecu Emilia i Paweł pobierali lekcje od mamy i taty. Korzystali z podręczników szkolnych, by realizować podstawę programową i móc zaliczyć narzucone przez dyrektora roczne egzaminy sprawdzające wiedzę. Przede wszystkim jednak poznawali świat od zarania dziejów.

Sięgali po książki i albumy o malarstwie, rzeźbie, muzyce. Uczyli się języka włoskiego (najpierw pani Iza sama uczyła się wieczorem, by rano przekazać dzieciom kolejną lekcję) i angielskiego. Oprócz trygonometrii i biologii domowi uczniowie poznawali biografie znanych ludzi, mitologie kilku kontynentów, filozofię, grekę i łacinę.

– Było też sporo zajęć praktycznych. Po deszczu szukaliśmy tęczy, wieczorami odnajdowaliśmy na niebie Małą Niedźwiedzicę czy Kasjopeę – wspomina Izabela Budajczak. – W jesienny poranek jechaliśmy do lasu na lekcję biologii i zbieraliśmy grzyby.

Do jednego przedmiotu małżonkowie zaangażowali nauczycielkę.

– Uczyłam Emilię i Pawła gry na prawdziwych instrumentach, które kupowali im rodzice. No, dzieci w szkole nie miały takiego luksusu – przyznaje Irena Danielczak (63 lata) z Drzewiec, emerytowana nauczycielka.

Grozili im kajdankami

Pierwsze dwa egzaminy kończące rok szkolny Emilia i Paweł zdali bezproblemu. Po długiej walce z ich ojcem dyrektor Lipowicz skapitulował –o egzaminach mieli, zgodnie z prawem, decydować rodzice.

Ale były inne szykany. Nauczycielka mówiła pozostałym uczniom, że młodzi Budajczakowie po prostu nie chcą chodzić z nimi do szkoły. Gdy Emilia przychodziła na lekcje religii, koledzy odsuwali się od niej.Krążyła też wśród nauczycieli plotka, że dzieci dziwnie się do siebie przytulały, gdy czekały na rekolekcje. Tylko że akurat tamtego dnia na te nauki poszło tylko jedno z nich.

– Innym razem Paweł dowiedział się że „będzie siłą doprowadzony do szkoły w kajdankach” – to jedno z bardziej niemiłych wspomnień Izabeli Budajczak.

Przełomowy był 1999 r., gdy w ramach reformy w kraju wprowadzono gimnazja.

– Dyrektor Lipowicz pod koniec roku szkolnego powiadomił nas, że Emilia musi zdać egzamin kończący szkołę podstawową. To było niezgodne z prawem, poza tym miałaby za mało czasu na przygotowaniesię. Emilia nie poszła na ten sprawdzian – przyznaje Marek Budajczak.

W efekcie dyrektor anulował zgodę na nauczanie domowe.Czternastoletnia Emilia została wezwana, by rozpocząć naukę w klasie piątej, a trzynastoletni Paweł miał wrócić do klasy czwartej.   

Gdyby nie przeszkadzali

Mimo wezwań, gróźb i grzywny Budajczakowie zastosowali obywatelskie nieposłuszeństwo. Swoim rytmem prowadzili domową edukację. Nie godzilisię na urzędnicze zarządzenia, pisali kolejne odwołania i pozwy dosądów administracyjnych. Obecnie czekają na sądowe anulowanie bezprawnych decyzji dyrektora ponieckiej szkoły z 1995 r.

Dziś 22-letnia Emilia i 21-letni Paweł nie mają nawet świadectw ukończenia szkoły podstawowej. W 2007 r. zdali za to w Gdańsku amerykańską maturę, która uprawnia ich do podjęcia studiów w 2,5 tys.uczelni w USA, Anglii czy Francji. W Polsce nie mają prawa studiować nigdzie. Trwa urzędnicza przepychanka, czy można nostryfikować ich dyplomy.

– Walczymy z systemem, by zademonstrować innym, że niezależnie od trudności warto dążyć do swoich celów. Naszym zdaniem to urzędnicy wyrządzili naszym dzieciom krzywdę, jednakże my czujemy się za to odpowiedzialni – w tym temacie państwo Budajczakowie zawsze mówią jednym głosem. – Nie chcieliśmy niczyjej pomocy. Wystarczyłoby, żeby nam nie przeszkadzano...

Są tacy dzięki edukacji domowej

Nikt z rodziny nie żałuje decyzji z 1995 r. Emilia i Paweł nie rozmawiają z mediami, ale można wierzyć ich rodzicom.

– Oboje świetnie skorzystali z naszej oferty, mają szeroką wiedzę i umiejętności. Niedawno powiedzieli, że gdyby nie ta domowa edukacja, to nie byliby takimi ludźmi, na jakich wyrośli – podkreśla pan Marek.

Emilia mieszka z rodzicami, uczy małe dzieci języka angielskiego, chce doskonalić język migowy. Paweł jest wolnym słuchaczem jednej z poznańskich uczelni.

– Czasem denerwowałam się, że mąż ma doktorat, a ja nawetnie zdawałam drugi raz na studia i krótko pracowałam zawodowo. Z drugiej strony dobrze mi było w domu. W przerwach między lekcjami prałam i gotowałam, ale kotletów nigdy nie przypaliłam –  zapewnia pani Iza.

Tu jest Polska, musi być papier

– Szanuję ich decyzję, ale swoim dzieciom bym tego nie zrobiła – twierdzi Irena Danielczak. –Bo to jest Polska i tu są potrzebne polskie papiery. Nie przeczę, że te dzieci mają szeroką wiedzę, ale martwię się, czy to im pomoże w dalszym życiu?

Odmienne zdanie ma Felicja Grześkowiak, emerytowana nauczycielka, która od początku przygląda się edukacji Budajczaków.

– Ja ich podziwiam za odwagę, zaangażowanie i wysiłek. Zacałą sytuację winię system oświatowy, który w niczym im nie pomógł, awręcz szkodził niespójnymi przepisami i udowadnianiem urzędniczych racji – od lat niezmiennie uważa Felicja Grześkowiak (60 lat) z Czarkowa w gm. Poniec. – Oni nie zrobili nic złego.


MARTA KRZYŻANOWSKA-SOŁTYSIAK /fot.S.Skrobałą



Edukacja domowa to legalny w Polsce rodzaj spełniania obowiązku szkolnego i obowiązku nauki (od zerówki do końca szkoły średniej), w którym dziecko nie uczęszcza do szkoły, a uczy się we własnym domu, nauczane najczęściej przez własnych rodziców.
Aby rozpocząć edukację domową, rodzice winni złożyć u dyrektora odpowiedniej szkoły wniosek o zezwolenie na spełnianie przez ich dziecko obowiązku szkolnego lub, dla młodzieży w wieku ponadgimnazjalnym, obowiązku nauki poza szkołą.


Przepisy prawne określające zasady edukacji domowej reguluje art. 16. ust. 8. ustawy o systemie oświaty.


Dzieci uczące się w domu dobrze radzą sobie wkontaktach z innymi ludźmi (nie mają też żadnych trudności w relacjach z rówieśnikami) i są bardziej prospołecznie nastawione, niż dzieci szkolne. Wbrew wyobrażeniu, dzieci edukacji domowej nie tylko nie są izolowane w domu, ale mają więcej kontaktów z ludźmi spoza rodziny niż te, które uczą się w szkołach.
Przeciętne egzaminacyjne wyniki „domowych uczniów” są wyższe niż wynikiuczniów szkół. Wyniki w nauce są niezależne od wykształcenia rodziców.W USA jest obecnie około 3 milionów dzieci uczących się w taki sposób –W Polsce około czterdzieściorga.
Edukacja domowa czyni zadość wymogowi indywidualizacji w edukacji –każde dziecko jest unikalne i do każdego należy podchodzić na innesposoby. "

09:09, mamareszke
Link Dodaj komentarz »
1 ... 16 , 17 , 18
 
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31